Tańcząc z komiksami, czyli recenzencki twist #5

Dzisiaj zapraszamy na spotkanie ze sztuką, przygody największego maga Marvela, klasyczne fantasy od Bedu, futurystycznego Batmana, Wieczną wolność i wampiry z Ameryki.

Tańcząc z komiksami, czyli recenzencki twist #4

Na parkiecie tym razem stawiają się androidy Bilala, jeden z najważniejszych komiksowych kowbojów, wielu Batmanów naraz, Baśniowcy, europejski miliarder oraz najszybszy człowiek na świecie.

Recenzja: Wielka Kolekcja Komiksów Marvela #102: Bitewne blizny

Gdy Samuel L. Jackson przeistoczył się w filmowego Nicka Fury’ego, tylko kwestią czasu pozostawało, kiedy jego komiksowy odpowiednik z uniwersum Ultimate okaże się niewystarczający. Sukces MCU oznaczał zmiany w świecie komiksowym, zatem czarny Fury w jakiś sposób musiał wskoczyć do świata 616 i głównego kanonu. I właśnie „Bitewne blizny” opowiadają historię jego epickich (bo jakże mogłoby być inaczej?) „narodzin”. 

Możemy się wściekać i obrażać na zmiany, jakie zachodzą w seriach komiksowych pod wpływem wydarzeń i popularności Marvel Cinematic Universe. Możemy nawet obrazić się i nie czytać czegokolwiek, na co wpłynęły filmy i seriale. Albo zakopać się w bunkrze i ruszać tylko komiksy z lat 40. i 50. XX wieku. Nikt nam nie broni, tylko jaki to ma sens? Ogromne pieniądze jakie idą za filmami i telewizją nie oznaczają automatycznie, że do naszych rąk trafi chłam. Każde powiązane z serialem Arrowy i Flashe równoważy związany z grami „Injustice: Gods Among Us” czy nawet „Arkham Knight”. Możesz się obrażać na powolne wymieranie mutantów przez pieprzonego Foxa, ale co ci to da (a ja się obrażam i co tydzień ronię symboliczną łzę, wylewając trochę piwa w intencji poległych w wojnie wytwórni filmowych X-Men)? Zawsze możesz westchnąć, poprzeklinać trochę pod nosem i po prostu skoncentrować się na poszukiwaniu tytułów wartych poznania. 

Pozostawmy zatem motywy czysto finansowe, stojące za decyzją o dodaniu czarnego Nicka Fury’ego do głównego kanonu i skoncentrujmy się na tym, jak do tego dodania doszło. „Bitewne blizny” mają miejsce zaraz po „Strachu” (patrz WKKM Tom #88 i #96), gdy świat powoli otrząsa się z wielkiego kataklizmu, jakim był powrót Węża. Strach wpłynął na cały świat, zmieniając zachowanie ludzi w odległych zakątkach globu, w tym także w Afganistanie, gdzie stacjonuje sierżant Marcus Johnson. Sierżanta Johnsona poznajemy (oczywiście!) w czasie starcia z Talibami, gdzie wykazuje się refleksem i wybitnym wyszkoleniem. Niedługo potem otrzymuje informacje o śmierci swojej matki i akcja komiksu rusza na dobre. 

Trudno napisać cokolwiek o fabule „Bitewnych blizn”, co nie byłoby spoilerem. Już sam fakt, że tom pokazuje, w jaki sposób twórcy włączyli do uniwersum czarnego Nicka Fury’ego może zdradzać zbyt dużo. To jednak nie znaczy, że co strona będziemy zaskakiwani przez genialnych scenarzystów (aż trzech na dość krótką, około 130 stronicową historię). Odpowiedzialni za fabułę Christopher Yost, Matt Fraction, Cullen Bunn postawili na akcję, która nie będzie zwalniać ani na moment. Czytelnik nie powinien móc złapać oddechu, zatem intryga nie jest zbyt skomplikowana. Dlatego też „Bitewne blizny” przypominają bardziej akcyjniaka w stylu „Londyn w ogniu” (a nawet trochę w stylu „Komando”), niż thriller szpiegowski. Trudno to jednak uznać za wadę tomu – celem jest przedstawienie nowego Fury’ego, którego cechy i charakter mamy poznać właśnie przez walkę, nie działalność szpiegowską. 

Ciężko nie porównywać „Bitewnych blizn” do poprzedzającego go „Strachu”. W obu przypadkach akcję stawiamy ponad intrygę, efektowność i epickość ponad przedstawienie motywacji postaci. Jednak poszukiwania nowego Fury’ego wypadają znacznie lepiej. Efektowność nie jest uzyskana przez wpychanie miliona postaci w jeden kadr, a przez bardzo estetyczne ukazanie starć bohaterów, często jeden-na-jeden z próbą zachowania realizmu starcia. Akcja trzyma w napięciu i motywacja bohaterów jest jasna, choć wcale nieskomplikowana. Nawet dialogi i wewnętrzne monologi głównego bohatera wypadają o niebo lepiej, nie hamując akcji (i w dodatku puszczając oko do fanów klasycznych przygód Nicka i jego monologowania). Całość czyta się niezwykle przyjemnie i możemy być pewni, że nie znudzą nas ani dialogi, ani sceny akcji (trochę jak naprawdę dobry film z Jasonem Stathamem). 

Przyznaję, że „Bitewne blizny” pozytywnie mnie zaskoczyły. Nie miałem wobec nich żadnych oczekiwań, a związek ze „Strachem” wcale nie wróżył nic dobrego. Jednak zarówno świetna strona graficzna, znakomicie utrzymane tempo z zachowaniem elementów humorystycznych, niedominujących nad dramatycznymi czynią ze 102 tomu Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela niezwykle wręcz satysfakcjonującą lekturę, bezpretensjonalną i w pewnym sensie nawet uroczą. Tak powinien być rysowany dobry akcyjniak. 

OCENA: 4/6 
Wielka Kolekcja Komiksów Marvela Tom 102 Bitewne blizny
Tytuł oryginału: Battle Scars Fabuła: Christopher Yost, Matt Fraction, Cullen Bunn
Tekst: Christopher Yost Szkic: Scot Eaton
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Strony: 136

ZA GARŚĆ PYTAŃ: Karol Kalinowski


Karol Kalinowski to, mówiąc krótko, autor "Łaumy". "Łaumę" znasz, a przynajmniej znać powinieneś - jeśli jest inaczej, to nie przyznawaj się przez znajomymi, tylko natychmiast nadrabiaj zaległości. Przy okazji dorzuć też do koszyka jego najnowszy komiks, "Kościsko", zanim ludzie o nieskazitelnym guście wykupią cały nakład.

Tańcząc z komiksami, czyli recenzencki twist #3

Kolejna paczka z recenzjami komiksów wszelakich. Po bieżni mkną Flash, Profesor Filutek, samurajowie, mutanci z Marvela, Tim i Miki, Łazarze, a za nimi lecą kosmiczne rupiecie.

Recenzja: Liga Sprawiedliwości Tom 6 – Liga Niesprawiedliwości

Wielki crossover „Wieczne zło” się skończył, ale nie wypada (niestety) ignorować tego, do czego doprowadził. Zatem kontynuujemy przygody Ligi Sprawiedliwości w świecie, gdzie Lex Luthor został bohaterem, ratując świat przed Syndykatem Zbrodni i na dodatek chce dołączyć do Ligi. 


Świat, który Geoff Johns musiał (połowicznie na własne życzenie, połowicznie przez chciwość DC) przedstawić ledwo podniósł się po kolejnej apokalipsie, by zaraz znów na krawędzi zniszczenia się znaleźć. I to nie powinno nas w sumie dziwić, ponieważ coś na stronach komiksu „musi” się dziać, a wybuchy, masowe eksterminacje i zagrożenia „z jakimi nigdy się nie mierzyliśmy” najlepiej pasują do przygód największych obrońców Ziemi. Co nie znaczy, że takie rozwiązanie nie prowadzi wcześniej czy później do spowszednienia wybuchów i przymusu nieustannego podnoszenia stawki kolejnej walki, lub – broń Boże! – poświęcenia więcej miejsca na przygody mniej efektowne, ale koncentrujące się bardziej na członkach Ligi. 

Jeżeli zatem chodzi o skalę, rozmach i „wybuchowość”: szósty tom Ligi Sprawiedliwości nie zawodzi. Mało tu miejsc, gdzie możemy odetchnąć, skoncentrować się na interakcjach czy rozterkach bohaterów. Johns przedstawia nowych bohaterów, przywraca dawno niewidzianych, tworzy nowe originy klasycznym złoczyńcom (staram się jak najmniej spoilerować, więc nie zdradzę tożsamości tych postaci, choć pewnie i tak wiecie o kim mówię). Dzięki temu czyta się „Ligę niesprawiedliwości” szybko i trudno się lekturą znudzić. 

Akcja to jednak nie wszystko, a im więcej myślimy o tym, co ukazują kolejne kadry, tym gorzej. Kilka rozwiązań fabularnych jest niezwykle wręcz topornych i najczęściej dotyczą męskiej trójki Batman-Superman-Luthor. Ten ostatni poziomem geniuszu oczywiście musi przebijać obu bohaterów razem wziętych (co już może irytować), ale jednocześnie na kolejnych stronach okazuje się być w tym samym momencie niezwykle zapobiegliwy i niezwykle nieroztropny – potrafić przewidzieć wszystko i dać się podejść. To sprawia, że decyzje i zachowania męskiej supertrójcy mogą wywołać u czytelnika westchnięcia i kręcenie głową, zamiast zaintrygować czy zaskoczyć pozytywnie. UWAGA MAŁY SPOILER! Szczególnie zaś irytuje łatwość, z jaką Luthor „odgaduje” tożsamość Batmana, która o rumieniec przyprawia nawet absurdy z „The Dark Knight Rises”. Ależ ten justiceleagowy Batman to musi być jednak przygłup. Jego bycie „największym detektywem” świata sprowadza się bardziej do buńczucznego tytułu, niż wybijającej się ponad inne, wypracowanej przez lata zdolności. 

Warto jeszcze wspomnieć o warstwie wizualnej. Za rysunki w tomie odpowiada kilku artystów i niestety ich style niekoniecznie ze sobą współgrają. Najlepiej z nich wszystkich wypada Jason Fabok odpowiedzialny za całą oprawę graficzną historii „Wirus Amazo”, świetnie ukazujący bród i zniszczenie całego świata, dynamikę starć, a jednocześnie niezapominający o detalach, trzymający się realizmu i przynoszący nam bardzo klasycznie supebohaterskie rysunki. Na drugim krańcu spektrum znajduje się Scott Kolins, odpowiedzialny za epilog „Niezwykłych sojuszników”, który szczędzi detalów, zapomina o narysowaniu oka, czy też zmusza bohaterów do póz absurdalnie głupich i śmiesznych. Czytając tę część miałem skojarzenie z fanartami młodych adeptów sztuki tworzenia komiksów, tworzonymi na skraju zeszytów w trakcie przerw między lekcjami. 

Zdecydowanie nie jestem fanem Ligi Sprawiedliwości Johnsa, ale nie potrafię odmówić jej niezłego tempa i sporej sprawności w żonglowaniu wybuchami, plot-twistami i revealami. Jestem w dodatku przekonany, że ten tom może się podobać, choć wątpię, by zapadł komuś szczególnie w pamięci (chyba, że ktoś będzie wspominał spotkanie Bruce’a Wayne i Lexa Luthora w Wayne Manor, kręcąc z niedowierzaniem głową). Nie jest źle, ale z pewnością mogłoby (i powinno) być lepiej. „Liga Niesprawiedliwości” to przyjemne czytadło, które równie szybko się czyta, co zapomina. 

OCENA: 3/6
Liga Sprawiedliwości. Liga Niesprawiedliwości, tom 6
Scenariusz: Geoff Johns
Rysunki: Doug Mahnke, Jason Fabok, Ivan Reis, Scott Kolins
Liczba stron: 252

ZA GARŚĆ PYTAŃ: Dave Cooper


Dave Cooper to legenda amerykańskiego undergroundu. Serio, zapytajcie kogoś, kto się na tym zna. Urodzony w 1967 roku rysownik jest autorem wydanych niedawno przez Timof Comics komiksów "Ssanie" i "Zgniecenie". Jak na obywatela Kanady przystało, jest również jednym z milszych ludzi na tej planecie. Polski nie odwiedził, ale było blisko. Te odpowiedzi leżały na naszym redakcyjnym biurku dłużej niż on na nie odpisywał.