Recenzja: Wielka Kolekcja Komiksów DC Comics Tom 1 & 2 – Batman: Hush

Czytelnicy komiksów superbohaterskich są coraz bardziej rozpieszczani przez polskich wydawców. Egmont, Mucha, Sideca (czasami), Wielka Kolekcja Komiksów Marvela, a teraz ruszyła Wielka Kolekcja Komiksów DC Comics. Przekonajmy się zatem, jak się prezentuje przyglądając się bliżej pierwszym dwóm tomom kolekcji, w których zamieszczono historię Batman: Hush. 


Zanim przejdziemy do oceny samej historii przyjrzyjmy się samemu wydaniu. Eaglemoss nie uniknie porównywania do Hachette, co może (długoterminowo) okazać się błogosławieństwem, jeżeli wydawnictwo będzie umiało z tych porównań wyciągać wnioski. I wydarzenia związane z publikacją dwóch pierwszych tomów kolekcji wskazują na to, że Eaglemoss te wnioski wyciągać potrafi. Z wielką radością czytałem, że w odpowiedzi na skargi czytelników dotyczące strasznego smrodu komiksów wydawnictwo dokona zmiany kleju używanego przy produkcji, by spróbować rozwiązać problem. Podobnie bardzo ucieszyły mnie odpowiedzi na pytania, otwartość na dialog z fanami, publikacje dotyczące czasów dostarczania przesyłek i ewentualnych opóźnień na oficjalnej stronie Fb. Dla niektórych to tylko mało istotne szczegóły, ale dla mnie właśnie te szczegóły mogą zdecydować o odbiorze i popularności kolekcji. W tej dziedzinie Eaglemoss bije Hachette na łeb, na szyję. I mam nadzieję, że takich „mało istotnych szczegółów” będzie więcej.

Niestety samo wydaje komiksów WKKM nie dorównuje. Dostaniemy twardą oprawę, choć słabszej jakości niż u konkurenta. Podobnie będzie z papierem i tym, iż całość jest zdecydowanie zbyt błyszcząca (choć może dla kogoś będzie to zaletą?). O odpychającym zapachu pisałem już wyżej (a zapach komiksów WKKM po prostu uwielbiam!), mam jednak nadzieję, że Eaglemoss dotrzyma słowa i od 4 tomu komiksy będą już pachnąć jak świeżo skoszona trawa o poranku. Jakość wydania mogłaby być wyższa, jednakże WKKDC nadrabia wnętrzem publikując nie tylko wybrane tomy, ale i klasyczne komiksy (okraszone ciekawostkami „historycznymi”). To świetne rozwiązanie, które niejednego młodego fana przekona do sięgnięcia po starsze historie, a może nawet po zgłębianie Srebrnej czy Złotej Ery komiksów.

Gdy już mamy za sobą te kilka słów na temat wydania, możemy przejść do tego, co najważniejsze, czyli historii Batman: Hush.

„Hush” pierwotnie został wydany w roku 2003, w czasie, gdy sława rysownika Jima Lee i scenarzysty Jepha Loeba mogła zawstydzić samego Donalda Trumpa. Rzesze fanów czekały na tę historię i po dziś dzień wielu uważa ją za jedną z najlepszych z Mrocznym Rycerzem w roli głównej. Czy jednak słusznie?

W „Hushu” Batman musi rozwikłać zagadkę złoczyńcy sterującego wydarzeniami z ukrycia, który zdaje się wiedzieć nawet to, w kogo w nocy przeradza się Bruce Wayne. W historii powracają najbardziej znani przeciwnicy Batmana, najwięksi sprzymierzeńcy, a nawet postacie z przeszłości, które nie mają prawa żyć. Te 12 numerów przypomina czerwony dywan, na którym machają do fotoreporterów gwiazdy – od Ra’s al Ghula, poprzez Jokera i Harley Quinn, Killer Croca, aż po Supermana i Catwoman. Sporo „wielkich nazwisk”, czy jednak za nimi idzie równie „wielka historia”? W założeniu Loeba z pewnością tak. Pytanie jednak, co rozumiemy przez „wielką historię”?

„Hush” przypomina dobrze zrobiony, wakacyjny film akcji – jest idealny do chrupania popcornu, nie obraża twojej inteligencji, przynosi ogromną porcję rozrywki, trochę humoru i dużo scen walki na najwyższym poziomie. To zatem oznacza, że nie powinniśmy oczekiwać psychologicznego studium nowych problemów Batmana (jakby ich było mało) czy szokujących wydarzeń zmieniających na zawsze całe uniwersum (choć mój ukochany Killer Croc przez Husha zmienił się na zawsze i czytając ponownie tę historię tradycyjnie wylałem odrobinę whiskey, by oddać mu hołd). To ma być rozrywka superhero na najwyższym poziomie. I w tej kwestii „Hush” nie zawodzi zarówno w warstwie fabularnej jak i graficznej. Rysunki Jima Lee mają podkreślać każdy mięsień Batmana, dynamikę każdego uderzenia i (oczywiście!) każdą możliwą krągłość postaci kobiecych. Cała historia narysowana jest pięknie, w „klasycznym”, superbohaterskim stylu (który niektórych już pewnie znudził, niektórzy wolą więcej eksperymentów, ale nikt nie może zaprzeczyć, że prawie każdy kadr z tego komiksu nadaje się na efektowny plakat na ścianę).

Podobnie przedstawia się kwestia fabuły. Jeph Loeb konstruuje intrygę, która nie może zjeść własnego ogona, zgubić czytelnika i znudzić go wielością wątków. Dzięki temu tempo i rytm czytania „Husha” jest znakomity i nie mamy odczucia, że kolejne wątki są wprowadzane na siłę. Z drugiej strony postaci drugoplanowe pojawiają się na krótko, odgrywają swoją rolę i znikają (niczym pionki strącone z szachownicy, co – nie ukrywajmy – było rozwiązaniem celowym). To nie znaczy, że nie ma tu momentów słabszych – najczęściej krytykowane jest samo zakończenie historii i „reweal”, ale moim zdaniem wpasowuje się idealnie w cały schemat „letniego blockbustera”. To oczywiście częściowo wada, ale z drugiej strony inne rozwiązanie mogłoby okazać się niespójnym próbowaniem dorobienia drugiego dna do znacznie prostszej historii o zaufaniu (tak, gdy zabrać efektowne pojedynki, superzłoczyńców i Supermana, to okazuje się, że mamy przed sobą kolejną historię o problemach Batmana z zaufaniem).

Przypadek sprawił, że na polski rynek trafiła inna historia z Hushem w roli głównej – „Wieczny Batman”. Warto porównać sposób zbudowania intrygi w obu komiksach, by docenić „prostotę” rozwiązań Loeba i umiejętność kontroli tego, ile czasu poświęcić pobocznym wątkom i bohaterom. W porównaniu z „Wiecznym Batmanem” „Hush” prezentuje się jak prawdziwe dzieło sztuki. I powinniśmy o tym pamiętać, gdy zaczynamy narzekanie.

Na koniec muszę wspomnieć o tłumaczeniu (co zdarza mi się niezwykle rzadko w recenzjach). Eaglemoss zdecydował się jedynie na poprawianie istniejącego już polskiego wydania i „poprawiając” zostawił nam przykład absurdalnych szaleństw tłumacza. W pierwszym tomie Batman napotyka zwykłych rzezimieszków z biednych dzielnic Gotham, którzy nagle przemawiają do niego, jak niepiśmienni rolnicy upośledzeni umysłowo. Każdy dymek ich wypowiedzi boli i denerwuje zarazem: „skond wiesz”, „myślita, że kopyrtnął?”, „widziałem, jak spadnoł” itd. itd. Oczywiście w oryginale nie ma NIC, co pozwalałoby na tak obrzydliwe tłumaczenie. Ci ludzie z ulicy mają nam przypominać o najgorszych dzielnicach Nowego Jorku (NIE bagien w Missisipi), a w ich oryginalne wypowiedzi wkradło się raptem jedno „ain’t”, któremu to najbliżej do „slangu”. Nie potrafię zrozumieć, co mogło kierować tłumaczem, ani za nic go usprawiedliwić. To obrzydliwe kilka stron, które psują lekturę. Mam jednak nadzieję, ze z czasem redaktorzy pozwolą sobie na ingerencje w pierwsze polskie tłumaczenia i nie przepuszczą takich bezeceństw językowych. Dla dobra wszystkich czytelników.

Oceniając oba tomy pominę kwestię smordku i chwilowego zaćmienia tłumacza, gdyż to mało istotne szczegóły. „Hush” to wciąż bardzo dobry komiks superbohaterski, przynoszący czytelnikom sporo frajdy, emocji i piękną warstwę graficzną. Pewnie nie zostanie twoją ulubioną historią o Mrocznym Rycerzu, ale w najgorszym wypadku okaże się znakomitym „guilty pleasure”, do którego będziesz powracać raz na jakiś czas.
A! Nie zapomnijmy o tym, że WKKDC rozpieszcza nas historiami z Detective Comics #27 (pierwsze pojawienie się Batmana) oraz #33 dodanymi na końcu obu tomów.

OCENA: 4/6 
Wielka Kolekcja Komiksów DC Comics
TOM 1 - BATMAN: HUSH, CZĘŚĆ 1,
TOM 2 – BATMAN: HUSH, CZĘŚĆ 2
Tytuł oryginału: Batman: Hush
Scenariusz: Jeph Loeb
Szkic: Jim Lee
Przekład: Jarosław Grzędowicz, Marek Starosta
Strony: 160 + 176
DODATKOWO:
DETECTIVE COMICS (vol. 1) #27 oraz #33

Recenzja: Wielka Kolekcja Komiksów Marvela: Tom 99 - Daredevil: Wściekłość i wrzask

Daredevil pewnie nie należy do pierwszej piątki moich ulubionych bohaterów. A scenarzyści piszący jego przygody często nie pomagali mu wskoczyć na wyższe miejsca mojej wyimaginowanej listy. Mroczny, mroczniejszy i hipermroczny Daredevil notorycznie był zbyt prostą wymówką dla kolejnej wtórnej historii. Przy każdym Franku Millerze (WKKM #20) zawsze będzie kilku Andych Digle’ów (WKKM #69). Bo ile razy można przerabiać nieustanny pech Matta, któremu nawet nie może się trafić ziarno.

Ślepy Śmiałek ma w sobie jednak sporo charakteru i osobowości pozwalającej na inne, interesujące podejście. Jest w końcu (lub był, w zależności od momentu Marvelżycia) wziętym adwokatem, świetnym oratorem i błyskotliwym rozmówcą. Przez lata też wyrobił sobie niezłe poczucie humoru (Zły przykład: humor Daredevila w wykonaniu Bena Aflecka oraz jego zdolności na sali sądowej. Koronnie zły przykład: zaczynanie mowy końcowej od sztampowego „justice is blind…”). Więc gdy już odkopiesz tonę mroku, depresji, poczucia winy i problemów z wiarą, to nagle okazuje się, że trafia ci się świetny, dowcipny, inteligentny superbohater, który aż prosi się o rozpisanie mu dobrych dialogów. Pozostaje tylko wrzucić go w wir szalonych przygód i nie przesadzić z kampowymi elementami. Ot, taka prosta recepta na ciekawy komiks o Daredevilu nieopierający się na jego nieustannym cierpieniu.

I wiecie kto odkrył ten skrywany w zakamarkach internetu przepis? Mark Waid. A nie miał łatwego zadania. Mimo, że brał się za przygody śmiałka, gdy był w stanie „hipermroczny”, postanowił praktycznie natychmiast zmienić cały, daredevilowski świat (a Paolo M. Rivera zadbał o zmianę w warstwie wizualnej. Zresztą zwróćcie też uwagę kolory, które z jednej strony nawiązują do klasycznych historii o Daredevilu, a z drugiej są odcięciem się o wszechogarniającego mroku). Koniec z użalaniem się nad sobą, mrukowatymi odzywkami w dymkach. Czas odkurzyć podrywacza, ripostującego równie celnie słowem, co ciosem, potrafiącego zamknąć usta nawet Kapitanowi Ameryce.

I tak otrzymaliśmy „nowego” Matta Murdocka. Murdocka, który we „Wściekłości i wrzasku” zdaje się celowo odcinać od ostatnich, ciężkich dla niego lat i koncentrować na pozytywnej stronie życia (pewnie nauczony lekcją z „Żywotu Briana”), nawet gdy jego życie wisi na włosku. I choć wydawać by się mogło, że to dość ryzykowne rozwiązanie fabularne, to moim zdaniem ten śmiały krok był najlepszym (i jedynym słusznym), jaki trzeba było wykonać, by odświeżyć postać i sprawić, by jej kolejne przygody znów były nieprzewidywalne, wciągające, interesujące i przynoszące ogrom „funu” czytelnikom.

Czytanie 99 tomu Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela to naprawdę spora przyjemność. Nawet, jeżeli nie podoba się wam przedstawiony wyżej pomysł na Daredevila, to Mark Waid kupi was w ciągu zaledwie kilku stron. Inteligentne dialogi, lekki dowcip, który płynnie wynika z sytuacji (nie w stylu wymuszanych łanlajnerów), świetne tempo historii oraz niezwykle „ludzkie” (a zatem zrozumiałe dla nas, odbiorców) zachowanie bohaterów przekonają każdego malkontenta. Dodatkowo sposób ukazywania „szóstego zmysłu” Matta Murdocka będzie po pierwsze bardzo zrozumiały, po drugie genialnie przedstawiony, po trzecie czytelny w każdym kadrze, po czwarte w końcu będzie idealną okazją do żartów, czasem sprytnie ukrytym w najdrobniejszym szczególe kadru. Pomysł Waida (i Rivery) na ukazanie sposobu „widzenia” Daredevila pozwala widzowi znacznie lepiej wejść w jego skórę, a jednocześnie daje im możliwość ukazania jego walk (a nawet zwykłego spaceru przez Nowy Jork) w sposób nowatorski, który nie znudzi czytelnika.

Czy zatem trafiliśmy na tom genialny, bez skazy i bijący na głowę „Odrodzonego” pióra Franka Millera? Z pewnością nie. „Wściekłość i wrzask” pochłania się jednak jednym tchem i zaraz po skończeniu chce się do tego tomu wracać i wracać, i wracać… Ten tom kolejny raz przypomina nam, że to nie złoczyńcy, epickość czy crossovery decydują o tym, jak się czyta dany komiks, a umiejętność stworzenia trójwymiarowych postaci, z którymi chcemy się utożsamiać i których losy interesują nas dla nich samych. Cieszę się, że niektórzy scenarzyści wciąż o tym pamiętają i polecam każdemu przygody Daredevila, za które odpowiada Mark Waid.

OCENA: 5/6
Wielka Kolekcja Komiksów Marvela: Tom 99 - Daredevil: Wściekłość i wrzask
Tytuł oryginału: Daredevil: Sound and Fury
Scenariusz: Mark Waid
Tłumaczenie: Robert Lipski
Strony: 152

Recenzja: Jessica Jones: Alias

Jak to jest być byłym superbohaterem, który obecnie zajmuje się najbardziej obrzydliwymi problemami ludzi jako prywatny detektyw, jednocześnie próbując w jakiś sposób uporządkować swoje życie? Tego dowiemy się z Alias, wreszcie wydanych w Polsce przygód Jessici Jones. 

Często o ocenie komiksu decyduje nasza własna wizja głównego bohatera. W świecie wielu reimaginacji łatwo o wybranie jednej wersji, którą uzna się za „prawdziwą” czy w naszym mniemaniu „najbliższą oryginałowi” (choć po pierwsze, w przypadku 80 letnich bohaterów „oryginał” od dziesiątek lat nie ma specjalnie sensu; po drugie, często nie zna się tego oryginału oraz po trzecie, przy setkach historii pojęcie oryginału mocno się zamazuje). I gdy już jakaś wersja przyszyje się do naszych serc ciężko nam docenić komiks, który oferuje inne spojrzenie na naszego ulubieńca/naszą ulubienicę. 



Co więcej, te „przywiązania” mogą wpłynąć nawet na ocenę historii z innymi bohaterami. W moim skromnym przypadku podejście do Luke’a Cage’a wpłynęło na mój początkowy odbiór serialu Jessica Jones. Niesamowicie wkurzały mnie komentarze, jak to odkrywczym pomysłem było stworzenie postaci, która nie bardzo przepada za superbohaterstwem i superbohaterami, zostaje prywatnym detektywem i wykorzystuje w swojej pracy swoje moce. Toż to pierwsze komiksy z Lukiem Cagem!!!!! Na szczęście ta irytacja nie zasłoniła mi oczu i pozwoliła docenić ten świetny serial Netflixa. 


Możecie jednak słusznie zapytać: po co ten cały wstęp? Co on ma wspólnego z recenzowanym komiksem? Otóż już śpieszę wyjaśnić. Po emisji serialu pojawili się jego fani, którzy historii Alias nie znali i sięgali po komiks zachęceni tym, co zobaczyli na ekranie. I to właśnie ich mogła początkowo „zaboleć” wersja Jessici Jones z komiksu, która nie przypomina tak bardzo tej z serialu. Bo jeżeli pokochałeś tę silną, niezależną kobietę pokonującą nie tylko przeciwności losu ale i traumę psychicznego (a i fizycznego) wykorzystania możesz mieć problem z Jessicą ze stron komiksu. Brian Michael Bendis stworzył bowiem postać znacznie bardziej zagubioną nie tylko w świecie, ale także i w sobie samej. Czy to źle? Wręcz przeciwnie, ale warto jeżeli jesteś fanem sięgającym po Alias po obejrzeniu serialu może Cię to zirytować. I dlatego śpieszę ci powiedzieć: uspokój się i przeczytaj cały tom. 

Bendis jest autorem niezwykle popularnym, któremu czasem zarzuca się, że ma świetne pomysły, ale nie potrafi (a częściej nie ma czasu, lub po prostu nie chce mu się) dobrze ich rozpisać, zostawiając czytelników z niesmakiem, odczuciem, że czegoś tu brakuje. Niestety te zarzuty nie są bezpodstawne, ale w przypadku historii rozpisanej w Alias nie ma powodu do obaw. Michael Bendis pokazuje w niej, jak można pisać jednocześnie pomysłowo, z suspensem, trochę obrazoburczo i na dodatek utrzymując świetne tempo historii. 

Czytelnik czytając Jessicę Jones jest tak samo zagubiony jak i ona. Nie dlatego, że fabuła prowadzona jest koślawo, tylko dlatego, że sposób narracji (oraz świetne pomysłu na prowadzenie historii) nie pozwala nam odkryć, co się wydarzy w następnym numerze, ba nawet na następnej stronie. Zostajemy zanurzeni w świat, którym nic nie jest takie, jakie się wydaje, w którym nie ma nieskazitelnych superbohaterów i niereformowalnych superłotrów (nawet Kapitan Ameryka nie umknie szarości i dwuznacznościom). Krążymy po szarym i ponurym świecie, w którym nie jesteśmy pewni konsekwencji żadnego z naszych czynów. Odczucie zatopienia w tym świecie oddają rysunki Michaela Gaydosa, które idealnie wpasowują się w klimat dwuznaczności moralnych i braku „prawdziwych” bohaterów. W tym komiksie nie znajdzie się pięknych ludzi (przepadnij Jimie Lee), jaskrawych kolorów i wyraźnie zarysowanych mięśni i konturów twarzy. I choć nie jest to styl, który choćby w najmniejszym stopniu mi odpowiada, to doskonale rozumiem jego cel i jednocześnie widać, jak dobrze sprowadza się w tego typu historii. 

Niezwykle mnie cieszy, że Alias wreszcie wyszedł po polsku, gdyż wreszcie możemy przypomnieć sobie, że „mroczny, poważny komiks” to nie taki, który epatuje przemocą i brutalnością (vide Mroczny Rycerz „Spirala strachu”), a dający nam trójwymiarowe, trudne do ocenienia postaci i stawiający przed nimi pytania, na które nie zamierza udzielić jednoznacznych odpowiedzi. Jeżeli istnieje jakaś lista komiksów wydanych w Polsce w roku 2016, które trzeba mieć, to Alias Briana Michaela Bendisa z pewnością zasługuje na wysokie miejsce na tej liście. 

OCENA: 5/6
Jessica Jones: Alias (tom 1)
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Michael Gaydos
Przekład z języka angielskiego: Marek Starosta
Liczba stron: 216
Wydawnictwo Mucha Comics

Suicide Squad (Pisulocenzja)

Nareszcie po dziesięciu tysiącach lat zobaczyłem w końcu „Suicide Squad”. I czuję się dziwnie, bo to kosmiczny bajzel, ale… od pewnego momentu zacząłem nawet nieśmiało czerpać z niego przyjemność na takim b-klasowym poziomie. Bo film Ayera (hehe) ogląda się jak jakieś exploitation zrobione za paczkę fajek w latach 70., gdzie zapomniano o montażu, dialogi napisano morświnem rzuconym na klawiaturę, ale pocieszne postacie i skrajnie idiotyczne rozwiązania angażują widza.

Recenzja: Wielka Kolekcja Komiksów Marvela: Tom 96 - Sam Strach, Część 2

Zabierałem się do napisania tej recenzji już kilka razy. Za każdym razem powtarzał się taki oto schemat. Otwierałem plik, planowałem pisanie wieczorem, po czym nie miałem czasu i mówiłem sobie, że przecież tekst może kilka dni poczekać. I po tych kilku dniach siadałem… i nie miałem pojęcia, co się działo w komiksie, musiałem go na nowo przekartkować. Potem znów nie zdążyłem napisać recenzji i znów w kilka dni "Sam Strach" wyparował mi z pamięci.


Niestety, ta smutna anegdotka może stanowić symboliczne podsumowanie recenzji. "Sam Strach" to jeden z najsłabszych tomów Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, jaki zdarzyło mi się przeczytać.

Zacznijmy jednak od argumentów, które mogłyby świadczyć o pozytywnej ocenie tego tomu. Po pierwsze: AKCJA (i graficzny sposób jej przedstawienia). Obrońcy tego tomu mogą przekonywać, że celem tej historii nie było poruszenie arcyważnych wątków polityczno-społecznych, czy rozwiązanie dylematów moralnych bohaterów, a dostarczenie czytelnikom wielkiej porcji efektownej nawalanki, która powali skalą i rozmachem. I rzeczywiście – "Sam Strach" to głównie nawalanka, wybuchy, okrzyki i wielkie panele, na których pół świata stoi w płomieniach. Tyle, że ta nawalanka szybko robi się nudna, gdy nie buduje się odpowiednio napięcia, nie zależy ci specjalnie na postaciach, a ich zachowania wydają się chaotyczne, słabo umotywowane i jakby pisane w pośpiechu (Tony Stark i Thor są tego najlepszymi przykładami). W istocie – 96 tom WKKM ogląda się miło i nic nie obraża zmysłu estetycznego, ale jednocześnie mało co pozostanie w pamięci na dłużej. Zatem to pozytyw tego tomu, ale raczej skromnych rozmiarów.

Po drugie: WAŻNE RZECZY SIĘ DZIEJO. Co ciekawe, ten argument zaprzecza argumentowi pierwszemu, bo skoro coś ważnego ma się na stronach tego komiksu dziać, to jednak nie jest to tylko efektowna nawalanka. Ale pozostawmy na chwilę tę nieścisłość. Czy w "Samym Strachu" dochodzi do ważnych z punktu widzenia bohaterów decyzji i wydarzeń? W pewnym sensie – TAK. Ale zastanówcie się, czy jeżeli ani decyzje (patrz decyzja Tony’ego Starka), ani wydarzenia (powrót kogoś, śmierć kogoś innego) nie wynikają z dobrze prowadzonej historii, to czy warto sięgać po komiks, gdy możecie równie dobrze dowiedzieć się o nich z Wikipedii i poświęcić ten czas na np. lepienie garnuszków w kształcie Zielonego Goblina? No właśnie. Przyzwyczailiśmy się, że „wielkie crossovery” próbują sprzedać się śmiercią ważnej postaci, powrotem czy przemianą. Ale czy to wystarczający powód, by po crossover sięgać? Może 20 lat temu tak. Obecnie – zdecydowanie nie. Nawet jak zginą wszyscy Kapitanowie Ameryki i na arenie zmierzy się 10 Hulków.



I to byłoby na tyle, jeżeli chodzi o argumenty mające przekonać czytelnika do "Samego Strachu". Jak widać, nie są to asy w rękawie, które przekonają każdego malkontenta. To raczej słabe nagrody pocieszenia, jeżeli już kupiłeś ten tom i nie chcesz przed sobą przyznać się, że nie było warto. A każdy, kto kupi ten tom znajdzie swój ulubiony powód do narzekania. Dla mnie jest nim żenujący brak koncentracji na nowostworzonych zbrojach/broniach dla bohaterów, które zasługują na opis, efektowne przedstawienie i wykorzystanie, a stają się nie dość, że słabą wymówką, gdy nie było lepszych pomysłów, ale przede wszystkim niewykorzystanym potencjałem w ramach tej obiecywanej efektownej rozwałki.

Jeżeli miałbym spróbować odnaleźć przyczynę porażki tego tomu, to nie rzucałbym się z kłami na scenarzystę, Matta Tractiona. Winne w tej sytuacji byłoby domaganie się przez włodarzy Marvela zarobienia na siłę kolejnych groszy na popularności powstającego Marvel Cinematic Universe po sukcesach pierwszych filmów z lat 2008 – 2010. Bo choć czasem uda się wykorzystać popularność filmu/serialu/gry i napisać fajną serię (nawet taką, w której występują wszyscy bohaterowie uniwersum – patrz pierwsze 2 lata Injustice), to najczęściej kończy się to pisanymi na kolanie scenariuszami, które muszą dopasować się do zbyt wielu czynników jednocześnie: aktualnej historii, story arców postaci, wydarzeń w filmach, wymagań producentów, decyzji innych scenarzystów itd. itp…

Ze smutkiem kończę pisać tę recenzję, szczególnie, że w trakcie jej pisania już zdążyłem zapomnieć część treści komiksu…

Ocena: 2/6
Wielka Kolekcja Komiksów Marvela: Tom 96 - Sam Strach, Część 2.
Tytuł oryginału: Fear Itself, Part Two
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Strony: 160

Recenzja: Wielka Kolekcja Komiksów Marvela #95 – Nick Fury, Agent SHIELD, Część 2

Jeżeli myślisz, że James Bond jest najlepszym superszpiegiem wyposażonym w najnowocześniejsze gadżety, to najwyższy czas, byś poznał przygody pułkownika Nicka Fury’ego, gdy za zarówno scenariusze jego przygód jak i za warstwę wizualną odpowiadał niejaki Jim Steranko.



Rozwodziłem się już nad tym, jaki wspaniały był pierwszy tom przygód Nicka Fury’ego, więc nie będę się tu powtarzał. Jeżeli chcecie sobie przypomnieć moją ocenę, znajdziecie ją pod TYM LINKIEM. Spokojnie mógłbym przekopiować część tej recenzji, głównie dlatego, że za 90% tego tomu odpowiada Jim Steranko i utrzymuje niezwykle wysoki poziom zarówno w warstwie graficznej jak i fabularnej. Dlatego postaram się nie powtarzać w tej recenzji (choć z pewnością będę powtarzał pochwały dla Steranko).

Fabularnie 95 tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela wypada niezwykle podobnie do pierwszej części (czyli tomu #80). Dostajemy zabawę konwencją i miliard odniesień do filmów, seriali i książek o superszpiegach pracujących dla supertajnych superorganizacji. Nie są to jednak wtórne kopie, które nużą po kilku stronach. Wyobraźnia Steranko serwuje nam zaskakujące (nawet po tylu latach) rozwiązania, niezwykle pomysłowe gadżety, dbając jednocześnie o to, by kadry w żadnym momencie nas nie nudziły. W pierwszym tomie Steranko wciąż nie miał moim zdaniem w pełni gotowego pomysłu na wizualne zabawy z Nickiem Furym (a i tak ogląda się ten tom z zapartym tchem). W drugim jest jeszcze lepiej i zdarzały się strony na których zatrzymywałem się tylko po to, by kilka razy prześledzić kadry, by zwrócić uwagę na tło, postaci na dalszym planie, perspektywę czy kąt z jakiego pokazywana jest akcja. Prawdziwymi perełkami są tu rozrysowane na 4 strony sceny walk, lub całe strony bez choćby jednego dymku (w latach 60.!!!!)

Steranko stworzył na tyle charakterystyczny styl opowiadając przygody Fury’ego, że od razu zauważymy zmianę, gdy tytuł na chwilę przejmie Roy Thomas i Frank Springer (4 numer). I choć widać, że obaj panowie próbowali utrzymać ducha Steranki bawiąc się cieniem, kolorami, perspektywą, to było to zadanie prawie niewykonalne. Nie znaczy to, że ostatnie dwa komiksy zawarte w tomie są złe – to tylko podkreśla, jak dobry jest styl Steranki. Warto wspomnieć jeszcze o tematyce tych pierwszych numerów „Nick Fury – Agent of S.H.I.E.L.D.”. Nie dość, że w „Strange Tales” mieliśmy zabawę konwencją w stylu „Man from U.N.C.L.E.”, to Nick Fury dodatkowo nagle znalazł się w „Zaginionym Świecie”, „King Kongu” i „Sherlocku Holmesie i Psie Baskerville’ów”. I choć te scenariusze wydają się absurdalne, to sprawdziły się świetnie, przynosząc dodatkową porcję humoru. A rozwiązanie intrygi w stylu Sherlocka Holmesa (i zagadki Potwora z Loch Ness jednocześnie) polecam jako prawdziwą perełkę na torcie.

Jak widać, uwielbiam oba klasyki wydane w drugiej połowie lat 60., ale to nie znaczy, że nie zauważam ich wad, które mogą niektórych czytelników odrzucić już po kilku stronach lektury. Wciąż mamy do czynienia z książką i całymi ścianami tekstu, narracją opisującą dokładnie to, co się dzieje na kadrze i wyrażaniem wprost motywacji każdej z postaci. To może męczyć i sprawia, że nie czytamy całego tomu na raz. Ale to może być też spora zaleta, szczególnie dla osób, które mają dosyć historii i tomów, które czyta się równie szybko, co zapomina.

Nie musisz być fanem Jamesa Bonda, by pokochać ten tom, nie musisz nawet być specjalnym fanem komiksów. Nick Fury – Agent S.H.I.E.L.D. to także świetny sposób, by raz, a porządnie zamknąć usta znajomemu, wielkiemu krytykowi sztuki, co to twierdzi, że komiksy to tylko ładne rysunki

OCENA: 5/6 
Wielka Kolekcja Komiksów Marvela Tom 95 - Nick Fury: Agent Shield, Część 2.
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Strony: 192

Tańcząc z komiksami, czyli recenzencki twist #2

Druga brodata paczka z recenzjami komiksów wszelakich. Na linii startu stoją Batman, Druuna, Liga Sprawiedliwości, Obcy, Ed Brubaker, Suicide Squad oraz Wojna - wojna, która nigdy się nie zmienia.